Nalepione banialuki
Julia Nalepa, „Banialuki”
Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2006

Tytuł najnowszego zbioru poetyckiego JULII NALEPY (ur. 1982) jest zmyłką. Czytelnik, widząc na okładce wykaligrafowane litery Banialuki, spodziewa się utworów oscylujących na krawędzi niedorzeczności, plecionych trzy po trzy głupstw czy wręcz bredni. Można odnieść wrażenie, iż Julia Nalepa sugeruje, by jej książkę ustawić na półce z humoreskami, poetyckimi kaprysami i żartami.
Moje pierwsze, przedlekturowe jeszcze skojarzenie wiodło do wyjątkowo niepoprawnego optymisty z dwudziestolecia międzywojennego Kazimierza Wierzyńskiego, upajającego się życiem, młodością i niebem w dwóch pierwszych tomach Wiosna i wino (1919) oraz Wróble na dachu (1921); otwierająca Manifest szalony strofa to kwintesencja tego białego hedonizmu oraz wyraz musującego awangardyzmu skamandryty: „Precz z poezjami”. Z duszą tromtadrata! / Niech żyją. bzdurstwa, bujdy, banialuki! / Dosyć rozsądku! Wiwat trans wariata! / Życie jest wszystkim! Nie ma żadnej sztuki!".

Zbiór Julii Nalepy zawiera pewien daleki poblask takich uniesień, rozwichrzonych puent, choć – jeśli wierzyć zapewnieniom autorki – „Zamiast banialuk z moich wspomnień, / tomik miał obfitować w / piękne metafory i porównania” (s. 5). Ten pozornie zwykły fragment jest dla krytyka źródełkiem wiedzy o twórczyni, zgłaszającej swój akces do akmeizmu (cyzelatorstwo, forma). W innym tekście pojawia się jednak motyw poezji jako swoistej „przechowalni duszy”, jedynej autonomicznej sfery istnienia ludzkiego; w liryku o etycznych podstawach wszelkiego działania (Remont) bohaterka przywołuje z kolei „malarza dusz” (s. 33). Mnie zaciekawił przede wszystkim odautorski komentarz: „banialuki z moich wspomnień”, w świetle którego zbiór miałby gromadzić błahostki wyrwane z terminarza pamięci; nie bez powodu wiele wierszy zostało opatrzonych w „datownik”. W utworze o incipicie *** (Siedzę na przegnitym balkonie) kremowa barwa potencjalnych andronów jednak szarzeje i śniedzieje, gdy czytamy: „Po co pielęgnować wspomnienia? / I tak wszystko trafi czas" (s. 43), choć w pierwszym odbiorze zwraca uwagę przede wszystkim igraszka lingwistyczna – pomysł rozbicia związku frazeologicznego „trafi szlag".

Część utworów rzeczywiście nie odkrywa Ameryki tak w sensie warsztatowym, jak i w treści lirycznej, sadowiąc się na poziomie poprawnych wierszyków, które nieraz przechodzą zapachem banalnych prawd: „Miłość – niewidzialna, / a jednak tak widoczna” (s. 7), i rytmem wytartych już nieco figur „tańca l z jesiennym wiatrem" (s. 45). Najlepiej czyta się teksty, gdzie Julia Nalepa pokazuje pazurki i troszkę samiczej agresji, np. w scenie rozstania z Tomkiem rzuca prosto w twarz biednemu chłopakowi: „Wyrzuciłam Cię z mego serca / jak stare ubrania z szafy. / Wspomnienia poukładałam w dokumentach / mato ważnych" (s. 8). Wiarygodnie brzmi owo urzeczowienie byłego oblubieńca, a także sadystyczna prośba do ukochanego wyrażona w Jeżeli („Uderz tak mocno, / żebym nie tęskniła / za dotykiem. / Zgwałć, / żebym cię nie pragnęła", s. 48), mniej autentyczna zdaje się być niespełniona (na razie) znajomość z Krzyśkiem, choć i tu wiersz został uratowany „morałem”: „A przecież znaliśmy się zaledwie trzy piwa. / Jedno było z sokiem" (s. 9). W utworze Jak nikt inny (ciekawy przykład gatunku, który proponuję nazwać „lubczykiem poetyckim") główny bohater – Marcin jest adresatem zaklęć i marzeń sercowych w tonacji subtelnego spojrzenia i młodzieńczego zakochania, szczególnie zaś uroczej matematyki miłosnej: „Dodajemy doświadczenia / i odejmujemy problemy, l Marzymy o ciągu / zbieżnym do nieskończoności" (s. 12). W tej swoistej „kronice wypadków miłosnych panny Julii" dominują rzecz jasna nastroje tęsknoty, hormonalnego pożądania dotyku męskich dłoni, zapachu ciała, zwłaszcza włosów. Poetce udaje się wyważyć proporcje między zmysłowością, biologizmem (tak często u młodych autorek graniczących z motywem waginalnym) a intelektualną analizą miłości. Przyznam, że spodobał mi się wysnuty z ducha liryzmu Wierzyńskiego love song: „Wiesz; miłość jest jak epoki w literaturze polskiej – / Romantyzm, Oświecenie, Odrodzenie – / tylko nie po kolei, tak jak w naszych głowach" (s. 15).

Daleko poza frazę drobnostek czy błahostek literackich wykraczają wiersze egzystencjalne, w których bohaterka daje sygnały introwertyzmu. Odczucie uwięzienia w murach świadomości pociąga za sobą gesty obronne: ucieczka na zewnątrz (od siebie do świata, poszukiwanie okna) bądź do wewnątrz (od siebie do siebie w drugiej osobie – alter ego symbolizowane przez niknący, nieuchwytny cień). Podmiot liryczny spekuluje na tematy związane z sensem człowieczego losu i nieuchronnością śmierci, tę ostatnią usiłuje oswoić podczas szczerej rozmowy. W podtekście rozważań filozoficznych zawsze czai się przemijanie, pędzący czas. Fiaskiem kończy się ingerencja w mechanizmy zegarów i wyroki zapisane na kartkach z kalendarza, nawet demolka laboratorium światła: „Utopiłam sionce i zjadłam księżyc, / czas mijał" (s. 39). W innym miejscu bohaterka potwierdza swoją pogańską władzę nad siłami natury mierzonymi w luksach, lumenach i kandelach: „W lewej kieszeni / trzymam księżyc. / W prawej – słonce" (s. 47).
W tomiku możemy także wyróżnić blok tekstów, w których przemawia Julia Nalepa – mieszkanka Krakowa. Na kilku lirycznych pocztówkach dostrzegamy tak realną przestrzeń miejską (ulice: Tyniecka 16, Grodzka), geograficzno-krajobrazową (Wisła, Planty), architektoniczną (pomnik Mickiewicza, kościół Mariacki), kawiarniano-kabaretową (Piwnica pod Baranami, Jama Michalikowa), historyczną (Wawel), jak i legendarną przypowieść (Wanda), ale nie brak też świateł dyskotekowych i dźwięków Jazz Rocka. Poetka poddaje swój intymny Kraków personifikacji („Kraków udaje, że śpi", s. 24), dochodząc do stwierdzeń o boskiej proweniencji grodu: Bóg stworzył Kraków, / by był / na znaki, czasy, dni i lata" (s. 23).

W interesującym tryptyku profesorskim uczennica Julia Nalepa rozpina emocje między radością a smutkiem; w tym minicyklu żart studencki o cienkiej granicy między historią wielkich batalii a teraźniejszością zwykłej chwili (Lekcja historii) oraz przewrotny dytyramb na cześć niewiedzy (Gramatyka opisowa) sąsiadują z przejmującym requiem (Nie zdążyłam).
Julia Nalepa pisze prosto i zrozumiale o własnych rozterkach, dążeniu do szczęścia, o tym, co widzi wokół. Nie wdaje się w histeryczne opisywanie bólów w podbrzuszu i przeżywanie orgazmu, ale kiedy chce, potrafi oddać głos zaczepnej bohaterce. Życzę młodej autorce więcej wierszy z żeńskim podmiotem lirycznym.
Arkadiusz Frania

Akant, nr 6 (110), czerwiec 2006, str. 38