OD LIRYKI DO SPOŁECZNEJ I DUCHOWEJ RETORYKI
Ambra – to tomik poezji autorstwa Daniela Lizonia, już drugi w jego młodym życiorysie artystycznym. Składa się z czterech części, mogących równie dobrze być fragmentami zdania: „…gdy jestem…”, „…w świecie…”, „…myśląc o niebie…”, „…wśród gór…”. Kwadryga ta w sposób lapidarny odzwierciedla strukturę utworów w tej książce pomieszczonych oraz orientację poety, odzwierciedlającą genezę jego twórczości i krótką historię jej rozwoju. Urodzony roku 1984 w Nowym Sączu, pochodzący z małej wioski Wojnarowej na Pogórzu Rożnowskim, obecnie student polonistyki w Uniwersytecie Jagiellońskim, Lizoń jest niewątpliwie poetyckim dzieckiem gór, a jego pierwotna wrażliwość artystyczna została mimowolnie ukształtowana w wyniku ich bezpośredniego doświadczania w horyzoncie swego młodzieńczego świata. Harmonia i piękno rodzimego krajobrazu oraz życie w wiejskiej rodzinie spowodowały, że dom stał się dla niego wielką wartością zapamiętaną jako ten „siwy kucyk dymu” nad kominem, a później „fabryka wspomnień” z dzieciństwa. Te młodzieńcze doświadczenia stanowią kanwę jego widzenia i poetyzowania świata. Innymi słowy twórczość ta jakby została napisana na ścieżce penetracji życia, na której widnieją wyraziste kierunkowskazy emocjonalne: przyroda – miłość - miasto – Bóg - góry.
Rozpoczynając swą poetycką przygodę z wierszem, począwszy od głębokiego dialogu z naturą i jednocząc się z jej żywiołami, poeta próbuje dokonać na własny rachunek syntezy znanych mu obrazów kultury z naturą, a nawet dobra ze złem. Z jego osobistego doświadczenia wynika bowiem taka oto nauka, że podziały na ludzi dobrych i złych nie pokrywają się z podziałami świata społecznego na ten dobry i ten zły. W wierszu pt. „mój dom” czytamy, że (…) na Mostecznej dom/z zielonymi skrzydłami dachu/ciepły choć nie brak chłodu/tak duży że Bóg się w nim mieści//na zielonym wzgórzu dom/- dzieciństwo i fabryka wspomnień - /to mój dom. Zaś w wierszu pt. „teraz” spotykamy taką oto konstatację: (…)w poezji dzisiejszych czasów/szatan tańczy z Bogiem/nienawiść uzupełnia miłość/czarne i białe to szare.
Kiedy mówi o osobistych doświadczeniach miłosnych, to czyni to najczęściej w duchu lirycznym, ale i pełnym erotyki językiem, którego giętkość otaczają wargi żywcem wzięte z ust natury. Bo w swej pierwotnej formie bycie poetą oznacza dla niego bycie elementem ciągle płynących i napierających na siebie żywiołów, zaś pamięć pozwala mu wymykać się determinacjom czasu i przestrzeni, czego rezultatem są coraz bardziej wyraziste wspomnienia. Słowa wiersza pozwalają mu opanowywać upływający czas i przekraczać ograniczenia przestrzenne. One to wprowadzają poetę w świat marzeń, stając się źródłem siły jego życia i poszukiwania w nim doskonałości. Wtedy – jak sądzi – dokonuje się synteza natury z wartościami kultury tworząc – jak w malarstwie Nikifora – „ikonostas dziejów”. Nie obce jest mu więc doświadczenie bycia „ornitologiem poezji”, gdyż należy do ludzi wsłuchujących się w to, co „fruwa”, a co stanowi tę ponętną i ulotną formę bytu, wydobywaną ze wspomnień. Symptomatycznie niepokoi go jednak coraz bardziej widoczna w świeci dwulicowość moralna i dlatego pisze: „rób tak jak mówię, nie jak robię”. Zakłamanie moralne w jego ocenie najczęściej wbija przecież ostatecznie ludzi na „pal grzechu”. Zdziwieniem przepełnia go również zdradliwa uroda kobiet, która uświadamia, że miłość często bywa krwawiącą raną, pozostawiającą blizny, jak przysłowiowa ospa. Innym razem opisuje jednak miłość metaforą „latającego dywanu rozkoszy”.
To, co zasadniczo odróżnia utwory publikowane w tym tomiku, od poprzedniego, to ześrodkowanie jego uwagi emocjonalnej na fenomenie miasta, który od ponad roku stał się kolejną jego niszą doświadczeń życiowych na czas studiów. Widać, że zakochał się w Krakowie – jego duchu niesionym siłą skrzydeł historii, ale i mocno ekscytują go nowe obserwacje: bezwstydne wieczorową porą Planty i bezkompromisowa siła wyzysku w świetle dnia tego, co przyrodzone przez to, co kulturowe, za którą nie stoi elementarne poczucie wstydu. Portretując Miasteczko Studenckie odkrywa specyficzny dla niego rytm życia żaków, w którym praktycznie nie ma miejsca na sen, a imprezowanie zastępuje jawę. Podróże na Zachód, doświadczenie inności kulturowej, staje się dla niego doświadczeniem demonicznego źródła bezbożności, i wtedy dowiaduje się, że są granice, który przekroczyć się nie da i trudno jest mu uwierzyć, że wszyscy ludzie są dziećmi tego samego Boga.
W kolejnej części zbiorku młody poeta usiłuje przekonać się czy Bóg ma jakiś istotny wpływ na obecne realia świata. Konstatując, że we współczesnej poezji obserwuje się przecież nasilający się taniec diabła z Bogiem, traci zarazem pewność i powątpiewa czy obecne portrety świętości mogą być źródłem bezpiecznego i życiodajnego dla ludzi. Próbuje więc rozbijać świetlane powłoki mistyfikacji, by zaglądać do jądra obecności bożej w świecie. Odkrywa bowiem, że dzisiaj krzyż – to „wysuszona krew Boga w człowieku”.
Tomik zamyka powrót na łono własnej ojcowizny mentalnej, czyli ukochanych gór, w czasie którego z wielką precyzją i artystyczną finezją portretuje drogie mu miejsca i żyjących tam ludzi. Odwiedza wierszem Beskid Niski i wczuwa się m.in. w ducha: Grybowa, Klimkówki, Komańczy, Dubnego, Łopusznej, Starego Sącza, Żegiestowa, Woli Kroguleckiej. Np. w wierszu pt. „Stary Sącz” czytamy: pod galopującym rumieńcem dnia/miasteczko/stoi przy srebrnej szpadzie Popradu/sączy piwo beztroski/na lekkim wiatraku chmur//drzewa chylą się cieniem/nad twarzą miasta/ptaki chichoczą u Kingi/bo góry rozwarły kolana/i wszedł Poprad/pomiędzy.
Kreśląc ten krótki portret poetycki Daniela Lizonia nie trudno zauważyć, że jest to bardzo obiecująca osobowość artystyczna o oryginalnej, wysublimowanej wrażliwości, posiadającej niespotykaną umiejętność wglądania prostymi środkami poznawczymi poza utarte horyzonty naszego świata: poza panujące w nim formy ducha i normy kultury. Jego wizja osobista świata stanowi już stosunkowo dojrzałą propozycję umiejętnego wglądania w ten nasz wspólny świat znaków i znaczeń, szeroko otwierając bramy dla naszego jego doświadczania, do których klucza dostarcza nam ten młody artysta. Tak więc termin ambra w ujęciu tego poety, etymologicznie - wydzielina jelit przewodu pokarmowego kaszalota, stosowana w przemyśle perfumeryjnym jako utrwalacza zapachów, stanowi ową utajoną substancję aksjologiczną, spajającą jego wiersze w jednolitą programowo całość, nacechowaną znamionami buntu, obliczoną na odnowę fundamentalnych wartości, którymi powinni kierować się ludzie w swej kondycji egzystencjalnej, w której zarówno kultura jak i natura winny być jednakowo i wyraziście obecne.
Ignacy S. Fiut
D. Lizoń, Ambra, Wydawnictwo Towarzystwa Słowaków w Polsce, Kraków 2007, ss. 152.
Arkadiusz Frania – Poeta, góry i Bóg
Daniel „Bizon" Lizoń urodził się 5.10.1984 roku w Nowym Sączu. Pochodzi z Wojnarowej (sąsiadki Krużlowej Wyżnej). Absolwent LO im. Artura Grottgera w Grybowie. Debiutował w grudniu 2004 roku w Dzienniku Polskim na łamach „Wierszowiska".
Od kwietnia br. Jest wokalistą sądeckiego zespołu rockowego TFB. „W słońcu zatopieni" to jego debiutancki zbiór wierszy, z których najstarszy pochodzi sprzed czterech lat.
Już dwa podstawowe elementy debiutanckiego tomu wierszy DANIELA LIZONIA (ur. 1984), tj. tytuł (W słońcu zatopieni) i okładka (przekrwiony, okopcony oranż zmierzchu), wywołują zmieszanie i konsternację; są czymś dziwnym i nieoczekiwanym wśród propozycji roczników siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jak bowiem czytać tę książkę, po lekturze setek tomów minorowych, rozpaczających nad życiem i człowiekiem. Daniel Lizoń nieoczekiwanie wychynął, raczej zbiegi albo zrobił escape z obozu ultrapesymistów, by podzielić się z nami jakże odmienną wizją, chciałoby się rzecz słońcowizją. Autor, niepomny introwertycznego dekalogu młodej poezji polskiej, uparł się „tworzyć poezję radości” (s. 21).
Tematy górskie i miłosne zdominowały treść artystycznej eksploracji, przy czym erotyzm wypadł mniej udanie, w zasadzie oscylując na poziomie romantycznej gry emocjonalnej, zapewne szczerego, lecz zbyt mdławego wyznania, po trosze też sentymentalizowania, skoro oblubienica to „ucieleśniony cud” (s. 5). Intymność damsko-męska nabiera wyrazu, jeśli zostaje zaopatrzona w kontekst przyrodniczy. Porno jesienne puentuje autor „sceną łóżkową”: „gdzieś w listopadzie / szczytujący już wicher / zasypuje swe zdobycze / białą spermą w proszku” (s. 68), a w Miłości w górach czytamy: „jodła do buka przytuliła się / igłami obejmując jego / liściaste ciało” (s. 6). Wiersz o erotycznym sadzie, w którym dochodzi do sekretnej gry zmysłowej z wykorzystaniem owoców, przywołuje słynny liryk Bolesława Leśmiana W malinowych chruśniaku. Co prawa wersja D. Lizonia nie jest tak sugestywna i hormonalna oraz grzeszy cukierkowatością, niemniej zasługuje na uwagę zamysł literacki: „zrywam lekko kwaśne spojrzenia jabłka / spadziowe gruszki oddechów / karmazynowe wiśnie pocałunków” (s. 35).
Największą artystyczną miłością twórcy z Wojnarowej są góry i wędrowanie, co owocuje zazwyczaj personifikowanym pejzażem, nawiązującym do semantyki czułego pieśniarstwa „Wolnej Grupy Bukowiny”. Wymieńmy kilka lirycznych antropomorfizacji, którymi usiany jest zbiór: „drzewa marzną nad rzeką” (s. 11), „czeka przy drodze wierzba / na wiosnę by znów liśćmi zapłakać” (s. 11), „szklarz-poranek” (s. 11), „wicher jak listonosz” (s. 9).
Czemu tak urzeka białe traperstwo, turystyka piesza między zwałami kamieni, naroślami skał? Bohater mówi przecież: „mam moje góry przy sobie” (s. 13). Jednym z kluczowych miejsc zbioru jest wiersz Na szlaku (s. 48), gdzie autor zawarł przemyślenia o ludzkim losie, bo „śmierć to zejście na przełęcz / w górskim łańcuchu istnienia" (s. 49). Góry stały się symbolem samoistności przyrody, zachowują miejsca dziewicze, nietknięte „kulturą”. Płynąca z nich siła i piękno („piękno tkwi w prostocie”, s. 23) porażają człowieka, ale przynoszą też ukojenie, jeśli tylko zechce się dostrzec w ustroniach i łąkach efekt boskiego działania, stalą obecność absolutu: „Bóg przechadza się w kłębiastych kapciach / po niebie spienionym” (s. 28), „Pan Bóg wędruje oznakowanymi drzewami” (s. 55). Wyznaniem totalnego panteizmu jest wykorzystanie zgodności fonetycznej wyrazów „buk” i „Bóg": „z chmur / przemawia do mnie / pan buk” (s. 32), a także pewnik: „Bóg i góry są z tobą" (s. 48).
Daniel Lizoń dokonuje organizacji żywiołów i ich ikon. Ziemię reprezentują przede wszystkim pola, łąki (trawa, siano), las i pojedyncze drzewa (jodła, buk, wierzba, topola), powietrze występuje jako niebo (błękit), chmury i wiatr, a ogień ma swojego posłańca w słońcu. Rodzaje energii rzadko występują pojedynczo, częściej mamy do czynienia z synkretyzmem sił natury, przenikaniem się, wzmacnianiem, ale i wojowaniem: „niebo burzy się nad ziemią / biczuje ją gradem / trzaska piorunami / wylewa masy zimnej wody” (s. 16), „śnieżne obłoki splecione dłońmi / rozpływają się w letnim morzu nieba” (s. 17).
Nie możemy przeoczyć odniesień do artystycznych autorytetów Jerzego Harasymowicza i Nikifora Krynickiego. Ci kreatorzy ojczyzny łem-kowskiej, uwalniając (jeden świadomie, drugi intuicyjnie) wyobraźnię z pęt awangardy, stworzyli światy na pozór realistyczne, a przecież w istocie zorganizowane przez baśń. Daniel Lizoń uczy się od tych mistrzów – ze względu na jednakową materię twórczą, zwłaszcza od autora Cudów – konstruowania lirycznych ekwiwalentów swoich intensywnych przeżyć flory stycznych.
Poeta wychwytuje skrzące się od barw widoki, staje się korespondentem przyrody, stąd ta obrazkowość rzeczywistości: „w oknach złoci się pejzaż / puka do szyb malowanych ciszą” (s. 11). Ma też Daniel Lizoń swój najbliższy kraj macierzysty, zlokalizowany topograficznie: małopolska dziedzina z Krakowem, Beskid Sądecki, Beskid Niski i Gorce. Nie zawsze udaje mu się osiągnąć esencję i kondensację treści oraz emocji, nieraz zbyt łatwo ulega pokusie budowania scenek krajobrazowych.
Oksymoron tytułowy co prawda trąd nieco albumową stylistyką, zdarza się gdzie indziej autorowi wykorzystywanie zużytej już, wyliniałej frazeologii poetyckiej, metafor nie budzących większego zachwytu („utonąć chcę w błękicie”, s. 5), ale poeta jednocześnie umiejętnie wplata w swoją gawędę coraz bardziej wymyślne figury stylistyczne („amarantowe wieczory”, s. 8; „słońce spaździerniczałe", s. 9) oraz żarty, jak np. piwonie, gdzie wyzyskał browarną nazwę kwiatu.
Tom może się wydać nieco przegadany; jakby autor zrobił klasyczny wybór z kilkuset wierszy zalegających w zeszytach, luźnych kartkach, bojąc się ryzyka odważnej selekcji. To normalne, że wstępującemu twórcy trudno rozstać się z własnym słowem, ale śmiało mógł wyciąć sporo tekstów bez uszczerbku dla całego premierowego katalogu.
Daniel Lizoń opatrzył zbiór reprodukcjami wykonanych przez siebie rysunków szczytów, wzniesień, znajdujących się m. in. w Tatrach i Bieszczadach. Taki zabieg wskazuje na autentyczne, a nie „młodopolskie” zainteresowania artystyczno-życiowe autora, dlatego zbiór formą przypomina poetycki notatnik podróżnika owładniętego pasją górskiej włóczęgi.
Daniel Lizoń, W słońcu zatopieni,
Wydawnictwo Towarzystwa Słowaków w Polsce, Kraków 2006, ss. 84.
AKANT 9 (110) /2006 str. 35